|
czwartek, 29 kwietnia 2010
The Limits of Control [OST].
"The Limits of Control" to dziwnawy film. To taka dziwna przestrzeń, film o filmie z innego punktu widzenia. Z jednej strony klimatyczny teledysk, niby mający jakąś fabułę, ale nie do końca trzeba przywierać do sensu historii. Po prostu pozwolić się bujać do końca seansu. Świetnie dla bezmózgiego oglądania. Jeśli ktoś chciałby wycisnąć ze swojego intelektu kilka gram energii podczas seansu to się zdziwi. Tracklista: 1. "Intro" - Bad Rabbit
poniedziałek, 26 kwietnia 2010
Mulatu Astatke - Mulatu Steps Ahead.
Mulatu Astatke jest etiopskim muzykiem. Już 67 multinstrumentalista wydał kolejny krążek. Szczerze powiedziawszy coś kiedyś obiło mi się o uszy, ale dopiero z poprzednim albumem "Inspiration Information" zwróciłem na niego uwagę. Muzyką do filmu Jima Jarmusha jakoś mnie nie porwał.
Tracklista: 01. Radcliffe
środa, 21 kwietnia 2010
Danny Elfman - Alice in Wonderland.
W muzyce Dannego Elfmana można wyczaić kilka nutek obłędu. Należy do mojego ścisłego grona ulubionych kompozytorów filmowych. W Alicji można się co prawda doszukiwać niepokojących brzmień, ale tak naprawdę przerażające są słodkie brzmienia z chórkami, które wraz z obrazem robią interesujące wrażenie. Większość utworów robi monumentalne wrażenie, spiętrzających się dźwięków dynaminuzujących umysł sluchającego. Niestety jest tylko melomanem i nie mam niezbędnej wiedzy, by móc w zachwycie umieć jeszcze racjonalnie opisać parę utworów. Współpraca Tima Burtona i Dannego Elfmana o ile pamiętam sięga Pee Wee Hermana. Oczywiście ich drogi mijają się. Osobiście byłem zaskoczony, że nie pracował przy filmie Sweeney Todd, nie było źle... ale podobo obydwaj twórcy się pożarli :D Tracklista: 1. Alice's Theme Almost Alice.
W ramach wyrwania kasy z kieszeni postanowiono wykorzystać film "Alicja w Krainie Czarów" Tima Burtona. Na krążku znajduje się 1 (słownie JEDEN) kawałek, który znalazł się w filmie i to podczas napisów końcowych. Otwiera przy okazji album wariacji i inspiracji postacią Lewisa, która chyba już ma ze 150 lat :D Kawalek o którym mowa to "Alice" w wykonaniu Avril Lavigne. Nie wiem, może mam coś do tej dziewczyny, ale jest to muzyka to kupa. W ogóle nie mam dobrego zdania o reszcie utworów znajdujących się w tym wydawnictwie. Złego wrażenia nie ściera Robert Smith. Oczywiście rzecz gustu. Ale od inspiracji Alicją i jej przygodami oczekuję inteligentnego humoru, ciekawej pointy, interesujących tekstów i niestandardowych tunów. Jeszcze od biedy Franz Ferdinand daje radę. Ale jeśli ktoś nie lubi muzyki środka - współczesnego nibyrocka (i ma alergię na Tokio Hotel). A fanatycy OSTów mają więcej miejsca na półce :D Tracklista: 1. Avril Lavigne - Alice (Underground) Raggafaya - Krambol.
To trochę pogięta grupa. Pyskacze, ale bez chamskich wystąpień. Niby ragga(muffin w domyśle, nie mylić z hinduskimi dźwiękami), niby reggae, niby ska, niby rock... No nie wiem jak to określić. Ale Raggafaya definiuje się samo jak zajebiste wyczucie pozytywnego brzmienia, bez zbędnego opierdzielania dają radę w każdym kawałku. Nawet jeśli grożą, że rozwalą Ci dysk nie bierz tego do siebie ("Różnimy się") ;) Pierwszy raz miałem przyjemność ich słyszeć na ich EPce "Bongoizm" dorzuconego do pisemka Free Colours. Znane kawałki usłyszycie jednak w innej stylistyce. Od czasu do czasu trafią się lepsze lub gorsze rzeczy z tej półki. Ale bardzo rzadko trafia się, żeby calutki album kopał w tyłki i zmuszał do ruchu w dodatku z jeszcze dobrymi tekstami. Na co czekasz? Kuna do sklepu goń, żeby Ci sąsiad spod 3 nie wykupił :D Tracklista: 1. Bakagenci
wtorek, 06 kwietnia 2010
Enkiki Bilal - Animal
Z okładki: Orgazm w spodenkach. Co tu dużo ukrywać, europejski komiks jest tym co tygrysy lubią najbardziej. Tym razem Bilal zparezentował pastele. Ciekawy efekt osiągnięty zniszczonej Ziemi po której szwenda sie groteskowa zbieranina nie do końca już ludzi. Jak zwykle przyjemność czytania komiksów, kiedy po raz kolejny sięga się po album, by zrozumieć wydobyć więcej z historii. U Bilala podoba mi się jeszcze to, że sam pisze swoje scenariusze. Nie to, że tandemy są złe. Ale wzmacnia mój szacunek dla człowieka, który sam tworzy i kreuje rzeczywistość, na dodatek w tak wspaniały sposób. Inna sprawa, że ta jego przyszłość jest ponura i niebezpieczna. I choć jako polski czytelnik Bilala nie jestem traktowany z szacunkiem. W tej "wolnej" i kapitalistycznej Polsce muszę się głowić zarówno nad zarabieniem pieniędzy jak ich wydaniem. W ojczystym języku, po pierwszym flircie z autorem, musiałem czekać 12 lat na drugą randkę. I nie byłem rozczarowany, mimo że fascynacja nastoletniego chłopca dawno minęła.
sobota, 03 kwietnia 2010
Rendez Vous In Paris.
Rendez Vous In Paris to składanka znanych i uznanych za klasyczne piosenki francuskie we współczesnej aranżacji. Co prawda wydawca nazywa to jazz lounge, byłbym skłonniejszy coś między chill a pop. Przyjemnie się słucha. Świetnym pomysłem było dodanie krążka, który ilustruje CALUTKĄ płytę obrazkami z Paryża. Dodatkowy smaczek, że jest potraktowany obraz czernią i bielą, tak więc oddany klimat jest. Niedawno obejrzałem ponownie "Julie i Julia", fragmenty Paryża z filmu można dojrzeć na tej płycie. Udział w nagraniu tego krążka autorstwa Jasmine Roy i Philippe Saissei wzięli również Marc Antoine, Rick Braud, Bill Evans, Francis Lai, Marcus Miller, Al Jarreau i Gérard Depardieu. Fajny klimat. 1. Sous le ciel de Paris Amanda Sthers - Chicken Street.
Z okładki: "Chicken Street – to główna ulica w Kabulu. Mieszka tam jedynych dwóch Żydów w Afganistanie: Simon, szewc amator, który ongiś porzucił dostatnie życie, aby wieść prymitywną egzystencję w kraju bezustannie rozdzieranym przez konflikty, oraz Alfred, stary pisarz uliczny, który sprawuje pieczę nad kluczami do synagogi. Ten wpis oraz niewielkie rozmiary zachęciły mnie w księgarni do zawarcia bliższej znajomości z tą książeczką. Od kilku lat jakoś tak się stało, że książki i jakieś manuale, które poczytuje są wielkości średniowiecznych cegieł. Tak więc jest to miła odmiana. Książka jest napisana językiem podobnym do tego, którym się posługuje przy pisaniu prozy. Zwykle jest dla mnie zarzut, bo nie ma nic bardziej irytującego przy czytaniu w stylu, który samemu się wypracowało. Jednakże tutaj było inaczej. Jest to kilka historii opowiedziana przez jednego z uczestników, świadka tych wydarzeń. Czuć podczas lektury tę nieuchronność, że nie ma co czekać na lepsze tylko akceptować to co się stało. Z różnym skutkiem. Swoją drogą widać, że napisała to osoba, której nie jest angielski ojczystym.
piątek, 02 kwietnia 2010
Stwierdzam juz od dawna, że mam za krótkie życie, za krótką dobę, za małe pieniądze, za dużo pracy. Jest tyle rzeczy, które chciałbym poznać i jednocześnie lubię sobie powtarzać, słuchać, czytać i oglądać wiele rzeczy, z przeszłości. Wczoraj wszedłem do pokoju księgowej i w radiu, które słuchała, leciał Vangelis utwór z Blade Runnera. No miodzio. Innym razem Amsterdam Klezmer Band. Też cudnie. Jadąc na koncert Kornu w Spodku ryzykowałem coś więcej niż utratę premii ale i pracę (nie to, że byłoby mi jej żal... ale znów bezrobocie). W tym wszystkim ma się jeszcze znaleźć życie towarzyskie, intymne. Z jednej strony kobieta chce doznawać emocji, tych wyższych i szlachetnych uczuć, z drugiej strony nastawienie na prozę życia jej to uniemożliwia. Winny temu jest samiec. Tak mnie naszło po wpisie naloznica_krola_artura, konkretnie po ostatnim akapicie, z którym się zgadzam. Shutter Island (Wyspa tajemnic) soundtrack.
Ten niepokojący film mający klimat Hitchcocka (za latajacy_talerz) ma świetną oprawę muzyczną. Nie tylko oddaje ona klimat, ona go tworzy. Zresztą czemu się dziwić skoro na płytach (SĄ DWIE!!!) znajdują się kompozycje Brian a Eno, Maxa Richtera, Bill Laswell (nawet jeśli, by urodził się, by stworzyć panthalassę z dzieł Milesa Davisa i tak jest genialny), Krzysztof Penderecki czy Györgi Ligeti. Dodatkowym cholernie niepokojącym utworem, który znajduje się na ścieżce jest utwór Nam June Paik (!!!), który na 1000% wyprzedził swoje czasy. Składanka jest godna wydawnictwa Sub Rosa (dawniej Quatermass) i bardzo wymagająca od słuchacza (zresztą nazwisko Pendereckiego powinno dać pewien posmak). Swoistym ewenementem w filmie jest ostatni utwór, gdzie można usłyszeć słodki głos Dinah Washington w aranżacji (wspomnianego już) Maxa Richtera. Nie mogłem po prostu wyjść z kina kiedy ją usłyszałem. Dużo bym dał, żeby ją usłyszeć na żywo... A później taśma przeleciała i było słychać terkot projektora, ale tego już nie ma na ścieżce dźwiękowej.
CD 2 |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Tagi
|